Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

🏴‍☠️ LeChuck pokonany! Moja przygoda z The Secret of Monkey Island (PL)


Jak było na Wyspie Małp? Ano fajnie… Ale to na Wyspie Szpady, w kościele, przed ołtarzem doszło do finałowej konfrontacji. Widmowy pirat LeChuck został pokonany i na szczęście nie poślubił pięknej gubernator Marley. Tak to wyglądało w skrócie. No a tak nie w skrócie…

Przejdźcie i sami zobaczcie, poważnie. Bo to jest historia, którą trzeba poznać, i przygoda, którą trzeba przeżyć. Jakoś omijałem grę szerokim łukiem, chociaż powinienem zagrać w nią już dawno, dawno temu. Omijałem ją, bo wydawało mi się, że ten piracki klimat z humorem jakoś słabo mnie zainteresuje. A wszyscy naokoło trąbili, fascynowali się grą. Do dzisiaj jest wiele forów, gdzie można znaleźć porównania lokacji z gry do prawdziwych miejsc, które były dla nich inspiracją.




No jak można nie znać takiego gościa jak Guybrush Threepwood. No jak można go nie znać…

No właśnie nie znałem do niedawna. Powiem tylko tyle: żałuję, że tak późno odkryłem The Secret Of Monkey Island, bo powiedzieć, że gra jest świetna, to bardzo mało powiedzieć. Przygoda wciągnęła mnie od pierwszych chwil, a wszystkie wcześniejsze obawy poszły w zapomnienie.




Grałem w wersję PC VGA CD z fanowskim spolszczeniem. I tutaj wielki szacunek dla ekipy, która robiła to spolszczenie, bo nie dość, że jest świetne, to jeszcze oprócz samego tekstu zostały też przetłumaczone różne elementy w grze, jak np. tabliczka na targowisku łodzi u Stana – „mało pali”…


Gra ma rewelacyjny klimat. Lokacje są przepiękne, bo to kolorowe, pikselowe Karaiby z portami, knajpami, pięknym rynkiem, dżunglą, górą z widokiem na morze i innymi zapierającymi dech w piersiach widokami. Jest historia widmowego pirata LeChucka, który ukrył się w podziemiach na Wyspie Małp i którego wszyscy się boją. Tam też ma swoją przeklętą załogę i knuje spisek porwania pięknej, wspomnianej wcześniej pani gubernator. My oczywiście pokrzyżujemy jego plany, ale najpierw przybywamy na wyspę Szpady (Melee Island), żeby zostać prawdziwym piratem. Musimy przejść kilka prób, żeby piracka starszyzna spojrzała na nas przychylnym okiem.




No i tak zaczyna się nasza przygoda. I teraz to, co sprawia, że ta gra jest wybitna… Humor i dialogi. To jest mistrzostwo świata. Gra dosłownie opływa humorem i to takim ponadczasowym, który bawi po dziś dzień. Celowo grałem w jedną z najstarszych wersji, bo starsza jest już tylko EGA. W remasterze wycięli jakieś elementy, które mogłyby dzisiaj budzić oburzenie, wiecie o co chodzi, hehe. Dla mnie zabawa na najwyższym poziomie. A przy nauce fechtunku i walce z kolejnymi piratami dawno się tak nie uśmiałem. Myślałem, że będę walczył jak w „Pirates!”, w końcu byłem w szkole u jednego wymiatacza. A tu zaczyna się pojedynek od tekstów typu „Twoja stara to…” i „Twoja tamto…”. „Ludzie padają do mych stóp, gdy mnie widzą!” — „Jeszcze zanim poczują twój oddech?”. No i trzeba było nauczyć się obelg i odpowiedzi na nie.





Albo kiedy poszukiwanym, głęboko zakopanym skarbem okazuje się zwykły T-shirt z nadrukiem mówiącym, że znalazłem skarb. Kanibale na diecie to też niezła ekipa. Twierdzą, że jestem za bardzo żylasty i chyba mnie nie zjedzą. 




Dobry jest też rozbitek Herman Toothrot, który marzy, żeby wrócić do domu. Miał taką okazję i wystarczyło zapakować się na statek, ale nie popłynął, bo nie chciał płynąć z małpami. I tak powstała legenda, że nikt nie wraca z Wyspy Małp.




Uśmiałem się też, kiedy LeChuck wrzucił mnie do wody z obciążnikiem przy nodze. Miałem się niby utopić, ale wystarczyło podnieść niezbyt ciężki posążek i… wyjść z wody po drabinie. Takich sytuacji jest masa i gra się w to tak, jakby się oglądało dobrą, mega jajcarską komedię.




Koledzy pytali mnie w komentarzach, czy po ukończeniu The Secret Of Monkey Island zmieni się mój TOP przygodówek. I powiem tak: prawie się zmienił, ale jednak na pierwszym miejscu nadal jest Indiana Jones and the Fate of Atlantis, ale zaraz za nim oczywiście MAŁPIA WYSPA albo WYSPA MAŁP, jak kto woli. Zaraz za nimi jest Gabriel Knight: Sins of the Fathers. I te gry to są absolutne legendy gatunku point and click.




Czy będę chciał poznać dalszą historię Guybrusha Threepwooda? Oczywiście, że tak. I również Was, tych którzy jeszcze nie grali albo chcą sobie odświeżyć tę przygodę, zachęcam do zagrania w ten ponadczasowy tytuł.


Tak na marginesie, wiecie skąd się wzięło imię i nazwisko głównego bohatera? Pewnie wiecie, ale dajcie znać. Jak zawsze zapraszam na YT na serię „Kultowe Przygodówki”, w której tym razem pływamy po karaibskich wodach.


Ahoj, Piraci.
Wasz Bajtel.

Share:

Gry z Komoda & Amiga plus #29 | Przegląd Retro Prasy

Magazyn: Komoda & Amiga plus

Numer: 29
Data wydania: zima/wiosna 2026

Kolejne spotkanie z Komkiem - Redaktorem Naczelnym magazynu Komoda & Amiga plus. Temat spotkania? Wspólne granie, pogaduchy i przegląd najnowszego numeru magazynu. Ale zanim przejdziemy do przegladu to muszę się czymś Wam pochwalić.    


Retrobajtel w swojej grocie gdzieś w 1992 roku

    Zgadnijcie, kto jest na tym zdjęciu… Kojarzycie te zaspane oczy? Tak, zgadliście — to ja. Rok 1992 albo 1993… Jeszcze szkoła podstawowa, bo na biurku stoi Amiga 500. Jest też oryginalny monitor. Coś tam nawet na nim widać. Ciekawe, co wtedy robiłem. Widzę jakieś zarysy gór… choć może to tylko cień, a może „Czołgi”? Hmm… trudno stwierdzić. 😄

W tle na biurku jakieś kasety, może dyskietki? Tego już nie wiadomo. Lata zabrały niektóre rzeczy bezpowrotnie, tak samo jak nasz dziecięcy, beztroski czas. Ale zawsze można powspominać, bo wspomnień nikt nam nie odbierze. Tak właśnie wyglądało moje stanowisko gracza w latach 90.


I właśnie w 29. numerze magazynu Komoda & Amiga Plus miałem przyjemność opisać kawałek tej mojej amigowej historii.

A kiedy przyszedł w odwiedziny Komek, wspólnie przewertowaliśmy 29. numer i powspominaliśmy stare czasy. Ale najfajniejsze jest to, że oprócz tych wspomnień i gier, które pamiętamy z dawnych lat, było też sporo nowych tytułów, które cały czas ukazują się na nasze ukochane retro sprzęty 8- i 16-bitowe.


Retro ma się więc bardzo dobrze dzięki pasjonatom, którzy cały czas kodują nowe historie, dając tym sprzętom drugie życie, a nam — ogromną frajdę z grania.


No to lecimy po szybkości przez 29. numer K&A Plus… Co ciekawego? Oj, dużo dobrych treści! O nowych grach już wspominałem, ale w przeglądzie jest naprawdę sporo zapowiedzi. Dodam też, że do numeru można dokupić dyskietkę 5,25'' z kompilacją „Good Old 8-Bit Games #11”. Dla tych, którzy posiadają stację do C64 — coś pięknego.


Jedziemy dalej. Jest obszerny artykuł o Amidze, która w tym roku dołączyła do czterdziestolatków, więc można nadrobić trochę historii komputerów i samej firmy.

Z gier mamy świetnych Muszkieterów od firmy PSYTRONIK, która praktycznie wydaje same hity na C64. Pograłem chwilę w wersję preview i chyba za kilka dolarów kupię sobie oryginał, choć zastanawiam się też nad pięknie wydaną wersją na kasecie.



Dalej mamy grę o pewnej śwince, która je, puszcza bąki i zbiera kibelki.
😄 Tak w skrócie. Fajna, kolorowa i zabawna. Gdybym miał opisać ją na składance Waldiko, to pewnie napisałbym: „Świnia je i pierdzi”.


Kolejna ciekawa gra to DEATH SECTOR na PLUS/4. Przemierzamy statkiem kosmicznym różne korytarze, ale nie strzelamy od razu. Najpierw musimy zdobyć kod do śluzy i przedostać się do odpowiedniego miejsca.



ULTIMA 1 na VIC-20 — odpaliłem ją w wersji na C64 i cieszę się, że mogłem poznać początki tej przygody, a właściwie podwaliny gatunku RPG. Trochę połaziłem po lesie i wybrzeżu, chciałem sprać Nessiego, ale to on sprał mnie, więc zająłem się biciem przypadkowo napotkanych ogrów czy orków — już sam nie pamiętam. 😄



Kolejną grą, którą odpaliłem, był THE TRIBE. Prowadzimy plemię przez niebezpieczne tereny, polujemy na mamuty, wytwarzamy broń i próbujemy przetrwać, odpierając ataki dzikich zwierząt. Taka mieszanka strategii i RPG. Bardzo ciekawy tytuł, wydany wspólnie z grą BATTLE FOR FROST.



Zagraliśmy też w TANTOOMANA — bardzo fajną logiczną grę na czas.



Dalej pokusiłem się o odpalenie nowej gry ROGUEISH. To również RPG, trochę podobny do ULTIMY, ale według mnie bardziej złożony, ciekawszy i po prostu fajniejszy. Jak przystało na klasycznego RPG-a, chodzimy po lochach, zbieramy artefakty, rozwijamy postać i walczymy z bestiami. Jak na C64 — dla mnie 10/10. I koniecznie muszę zdobyć oryginał.



Thunderlighta odpaliliśmy z Komkiem bardziej z ciekawości, bo to projekt zaprezentowany jeszcze w 1988 roku i nigdy niedokończony. Mimo wszystko grania jest sporo. Niestety nie ma muzyki ani efektów dźwiękowych, a nasza wersja była chyba trochę zabugowana, bo postać ginęła w totalnie randomowych momentach.


Jest też artykuł o klasycznych grach karate, które pewnie wszyscy pamiętają z tamtych lat. Do tego bardzo obszerny materiał o kultowym Golden Axe i porównanie First Samurai z Second Samurai. Zagraliśmy z Komkiem w obie części i według nas pierwsza, starsza odsłona wypada trochę lepiej. Ale obie gry są naprawdę bardzo grywalne.





Na koniec odpaliłem Abbey(s) of the Dead — grę inspirowaną klasycznymi platformówkami ze Spectruma. Ma naprawdę fajny klimat. Na początku przemierzamy opuszczony kościół, w którym barykadujemy się przed grupą rycerzy.



Aaa, no i zapomniałem wspomnieć — graliśmy zarówno w wersje z C64, jak i w gry amigowe.
😄

No i to by było na tyle z gier, które udało się odpalić. Jak zwykle coś się powspominało, coś odkryło i coś stało się inspiracją do zgłębienia kolejnych tematów — jak u mnie chociażby MUSKETEER, ROGUEISH czy THE TRIBE. I właśnie najlepsze jest to, że są to nowe gry, wydane całkiem niedawno. Dzięki K&A Plus dowiedziałem się o nich i zamierzam kupić ich oryginały.

Są jeszcze artykuły typowo techniczne — kurs assemblera czy wspomnienie sprzętu o nazwie „Casablanca”. Treści jest tyle, że spokojnie umilą Wam kilka coraz cieplejszych wieczorów.




Ja Wam bardzo dziękuję i wspólnie z Komkiem zapraszam do obejrzenia materiału wideo na YouTube.

Miłego weekendu!
Wasz Bajtel 💾

Share:

Moja osiedlowa historia retro – część 1: ZX Spectrum

    W pierwszej części serii „Moja osiedlowa historia retro” wracam do czasów dzieciństwa i moich pierwszych doświadczeń z komputerem ZX Spectrum 48. To opowieść o blokowisku, giełdzie komputerowej na Baildonie, kasetach magnetofonowych i pierwszych grach, takich jak River Raid, Bomb Jack czy Yie Ar Kung-Fu.

Wspominam początki swojej przygody z retro komputerami, pierwsze wczytywanie gier z kasety, cartridge Kempstone oraz klimat lat 80. i 90., który do dziś budzi ogromną nostalgię.

Moja osiedlowa historia retro – część 1: ZX Spectrum    


    Kilka wspomnień utrwalonych na papierze… Zabiorę Was na spacer po moim osiedlu — do miejsc, w których dorastałem jako Bajtel… między blokami, tam, gdzie wszystko się zaczęło.

To właśnie tam zaczęła się moja przygoda z komputerami — które przenosiły mnie do fantastycznych światów i pozwalały choć na chwilę uciec od osiedlowej rzeczywistości.
To właśnie te lata dziś wspominam z ogromną nostalgią.




Z tego, co mogę sobie przypomnieć, kuzyn miał właśnie „gumiaka” — ZX Spectrum 48. I to był chyba pierwszy komputer, który zobaczyłem na żywo i na którym mogłem zagrać. Cały czas po głowie chodzi mi gra „Stop The Express”.





No ale jak w ogóle dostałem ten mój pierwszy komputer ZX Spectrum 48? Tutaj mam takie migawki z dawnych czasów i pamiętam np. sytuację, jak na giełdę na Baildonie jechaliśmy dużym fiatem mojego wujka (tego od kuzyna, co już miał ZX Spectrum). Nie pamiętam dokładnie tego dnia na giełdzie, ale pamiętam, że później pojechaliśmy wspólnie z tatą, kuzynem (chyba) i wujkiem do domu pewnego gościa, który przypominał mi Jaruzelskiego, bo miał bardzo grube i ciemne szkła w okularach, no i z twarzy był taki prawie 1:1. Tak go przynajmniej zapamiętałem. To był chyba gość poznany na giełdzie i najprawdopodobniej od niego kupiliśmy ZX Spectrum razem z zestawem kaset. Nie było tam nic oryginalnego — gry nagrane na stare, niemieckie kasety. Co było charakterystyczne, to to, że te składanki nagrał ten gość, a przed każdą grą dograł swój głos, który wymawiał tytuł gry. Trochę mnie to śmieszyło, z drugiej strony przerażało, no ale taki był Jaruzelski z Baildony.




No więc wróciliśmy z naszym pierwszym prawdziwym komputerem 8-bitowym i tutaj mam pewną zagwozdkę. No bo skoro zabraliśmy też kasety, to magnetofon musiał być, ale ja pamiętam późniejszy magnetofon GRUNDIG (taki nietypowy, płaski), który przerobił mój tata. Dorobił do niego porty „EAR” i „MIC”, czyli wyjście słuchawkowe i wejście do podłączenia mikrofonu (taki „LINE-IN”).




Mniejsza już, jaki miałem pierwszy magnetofon, ale jedno pamiętam do dziś — nie mieliśmy joysticka, ale to i tak nie miało znaczenia, bo nawet gdybyśmy mieli, to nie było go gdzie podłączyć. ZX Spectrum 48 nie ma wbudowanych portów joysticka. No więc pierwsze gry „poszły” na klawiaturze. Później tata zrobił cartridge, dzięki któremu mogłem podłączyć joystick w standardzie Kempstone’a. I powiem Wam, że wtedy nie było tak jak dzisiaj, że płytkę drukowaną już wytrawioną można było zamówić, a obudowa wydrukowana na drukarce 3D była do wyboru, do koloru, na drugi dzień u Ciebie. Nie, nie — wszystko tata wykonał własnoręcznie, a sama płytka była trawiona starą metodą. Jak ktoś z Was robił jakieś swoje układy elektroniczne, malował ścieżki lakierem do paznokci, a później wytrawiał je w kwasie solnym, to będzie wiedział, o co chodzi. Słowem — trochę roboty jednak było. No więc w końcu mogłem zagrać na prawdziwym joysticku. Jaka była radość, kiedy w menu wybierałem KEMPSTONE JOYSTICK. Na boku cartridge’a tata dorobił też taki mały mikrostyk do resetowania komputera, no bo „gumiak” też tego nie miał, dopiero wersja z „plusikiem” miała taki RESET. Co do wersji z „plusikiem” — zakochany jestem w tej obudowie, choć takiego drugiego komputera jak „gumiaka” po prostu nie ma.




Magnetofon niestety przepadł, ale na szczęście udało mi się gdzieś na aukcjach znaleźć taki sam, tylko że czeka go przeróbka.

Miałem już komputer, magnetofon, cartridge i joystick, więc w sumie mogłem grać.
To teraz trochę o pierwszych tytułach. Oczywiście prócz „Stop The Express”, który nie ruszył i tak na joyu i szybko o nim zapomniałem, ale już na stałe będzie siedział mi w pamięci obrazek z gry z gościem skaczącym po wagonach pociągu i uciekającym przed zbirami i jakimiś ptakami. Ile razy spadłem na torowisko…


No ale przejdźmy do dwóch wspaniałych gier — BOMB JACK i RIVER RAID. To były moje najlepsze tytuły z pierwszych lat komputerowej fascynacji. Graliśmy całą rodziną, a w Bomb Jacku nawet nazwaliśmy jedną planszę „Giszowiec”, bo blokowiska w tle były łudząco podobne do tych na Giszowcu. Były jeszcze dwie gry: YIE AR KUNG-FU — i z tą grą już zawsze będzie mi się kojarzył głos „Jaruzelskiego” wymawiającego tytuł gry przed załadowaniem — oraz WRIGGLER, tytuł, którego szukałem po latach. Pamiętam, że była o jakiejś dżdżownicy, która unikała robactwa i przemierzała łąki, labirynty. Z tą grą kojarzył mi się jeden motyw — że była tam herbata Lipton gdzieś w jednej planszy. Oczywiście odpaliłem po latach i rzeczywiście stoi tam zaraz na początku w jednej kubek jakiegoś gorącego napoju, ale o Liptonie nie ma informacji. Czyli prawie dobrze kojarzyłem.




No i to były w sumie pierwsze gry, jakie uruchomiłem i jakie w ogóle miałem na kasetach. Żałuję, że w tamtych czasach nie kupowałem prasy, takiej jak np. Top Secret — chyba byłem za małym Bajtlem, ale mógłbym poznać wiele gier, w które zagrałbym bez problemu, przywożąc je z Baildony. 




Dopiero dzisiaj, po tylu latach, zdałem sobie sprawę z tego, jaką ogromną bibliotekę gier miał ZX Spectrum i ile mnie ominęło. Na osiedlu królowały C64, wydawało mi się, że te komputery deklasują mojego skromnego „gumiaka”, ale okazuje się, że nie. „Gumiak” miał jedyną w swoim rodzaju i niepowtarzalną grafikę, nie wspominając o dźwięku, który potrafił wygenerować prosty buzzer. Pamiętacie las z „Robin of The Wood”, albo mówiony tekst zaraz po uruchomieniu gry? Przecież ja się jej bałem. Tam był taki klimat, taka grafika — na żadnym innym sprzęcie ta gra tak nie wyglądała. Na C64 jakoś taki bardzo brązowy był ten obraz… No ale wracając do Spectruma — tak, wydawało mi się, że o większości gier mogę pomarzyć, a tu takie zdziwienie. Dzisiaj czytam o jakiejś grze na 8-bitowe maszyny i praktycznie zawsze widnieje tam ZX Spectrum.



Kiedy przeprowadziliśmy się kilka bloków dalej to z balkonu miałem widok na budynek w którym na dole mieścił się sklep, a na górze był klub młodzieżowy. No więc chodząc już do podstawówki często spędzaliśmy popołudnia w tym właśnie klubie. To była taka kolebka technologii. My, biedne bajtle z osiedla, mogliśmy zakosztować drogich zabawek z zachodu. Mogliśmy pobawić się tym czego często nie było w domu. Pamiętam, że wchodziło się po schodach na górę, po lewej były drzwi i zaraz za nimi była pierwsza sala, z ladą po lewej stronie i fotelami po prawej. Obok foteli stała jakaś półka na której były gry planszowe. Oczywiście tam się wypożyczało sprzęt na godziny. Na szczęście nie kosztowało to wiele. Braliśmy np. kilka fajnych planszówek albo ruską bitwę morską i graliśmy. Były tam też te małe elektroniczne gierki, a najbardziej rozchwytywaną była ta którą nazwaliśmy "wyścigówki".






I właśnie w tym klubie, chyba zaraz na wprost od wejścia i później skręcając w prawo, była mała salka z biurkami i krzesłami. Na biurkach stało kilka Spectrumów, pamiętam, że to tam zakochałem się w ZX SPECTRUM +. Teraz już wiem, że zakochałem się w obudowie, bo ten piękny komputer praktycznie niczym nie różnił się od ZX SPECTRUM 48, którego miałem w domu. No, może jedynie przyciskiem „reset”, którego w gumiaku nie było. Do dzisiaj uważam, że nie ma piękniejszego komputera i ładniejszej obudowy niż ta którą miał właśnie ZX SPECTRUM +. No i tak z ciekawości zajrzałem do tej salki. Siedzieli tam starsi, znani z osiedla koledzy. Przepisywali jakieś listingi programów w BASIC’u z Bajtka. Sprawiali wrażenie programistów, którzy wiedzą co dana linijka kodu, czy dana komenda znaczy i robi w samym programie. A przynajmniej tak mi się wydawało. Dostać się do komputerów nie było szans, bo wszystkie stanowiska były zapełnione. Pamiętam, że coś tam próbowałem zagadać, o coś zapytać, ale wzrok starszego kolegi szybko sprawił, że zrozumiałem gdzie moje miejsce. Choć jak dzisiaj tak sobie to przypominam, to założył bym się, że wtedy wiedziałem więcej niż Ci wszyscy osiedlowi programiści w tej sali razem wzięci. No ale trzeba było ustąpić starszym. Ale bardzo chciałem razem z nimi uczestniczych w tym kółku komputerowym, po prostu brakowało mi kumpla, który miał wtedy ZX SPECTRUM i zachwycał się nim tak jak jak ja. 






No więc tak przebiegało moje życie na osiedlu z moim pierwszym 8-bitowcem. Następnym razem opowiem Wam kolejną historię z blokowiska. Może o automacie z Ghosts 'n' Goblins, który stał w jednym z pubów, niedaleko mojej szkoły, a może już płynnie przejdziemy do tych najlepszych czasów - Amigowych.

Wrzucam kilka zdjęć z osiedla — spróbujcie wyobrazić sobie, jak tam było prawie 40 lat temu. A żeby bardziej poczuć klimat minionych lat, uruchomiłem bohatera tej historii, czyli mojego ZX SPECTRUM’a 48, którego mam do dziś. I udało się wczytać z kasety kilka fajnych gier… Mam nadzieję, że dzięki moim wspomnieniom Wy też przypomnieliście sobie swoje historie z dzieciństwa i jeśli tylko macie ochotę się nimi podzielić, będzie mi bardzo miło - czujcie się jak u siebie w domu. Powspominajmy wspólnie.

Zapraszam też na wspominkowy spacer na YT.

Kończąc, chciałem życzyć Wam Zdrowych i Spokojnych Świąt Wielkanocnych.
Pozdrawiam
Bajtel

Share:

Szukaj na blogu:

Ostatnie posty

Polecany post

Moja osiedlowa historia retro – część 2: ZX Spectrum – Bajtki i pierwsze programy u dziadka

Moja osiedlowa historia retro – część 2: ZX Spectrum – Bajtki i pierwsze programy u dziadka Bajtki z 1989 roku (numery 8 i 10) Kontynuując w...

Popularne posty

Obsługiwane przez usługę Blogger.