Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baildon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baildon. Pokaż wszystkie posty

Moja osiedlowa historia retro – część 2: ZX Spectrum – Bajtki i pierwsze programy u dziadka

Moja osiedlowa historia retro – część 2: ZX Spectrum – Bajtki i pierwsze programy u dziadka


Bajtki z 1989 roku (numery 8 i 10)

Kontynuując wspominki z czasów mojego pierwszego komputera, jakim był ZX Spectrum, muszę Wam jeszcze opowiedzieć o kilku najważniejszych grach na ten komputer. Pamiętacie, jak wspominałem o „Stop The Express” i „Robin Of The Wood”? No to, idąc dalej, odkryłem grę „Manic Miner” – świetną, trudną komnatówkę stworzoną przez zdolnego młodego programistę Matthew Smitha. Pamiętam tę muzyczkę z początku gry i wielką „szwaję”, która zadeptywała nas po utracie wszystkich żyć.

Kolejną grą był „Pssst” o ratowaniu roślinki i niszczeniu insektów różnymi sprayami. Idąc dalej, było wielkie odkrycie „Boulder Dasha” i znowu rodzinne granie. Też dobrze pamiętam, jak wspólnie po niedzielnym obiedzie, przy telewizorze CRT i małym czarnym gumiaczku podłączonym kablem antenowym, przechodziliśmy kolejne plansze. 

Była jeszcze gra „Ant Attack”, której bardzo się bałem – nie samej gry, ale tych ogromnych mrówek. Gra też była bardzo nowatorska i nawet gdzieś widziałem albo czytałem wywiad z jej twórcą, który pokazywał na kartce zapisane binarne mapy sprajtów. Było jeszcze kilka gier, w które grałem. Oczywiście wśród nich nie mogło zabraknąć „Knight Lore”, "Commando", "School Daze" czy "Great Escape".






Ale teraz opowiem Wam o moich podróżach z ZX Spectrum i jednym z najważniejszych dla mnie miejsc.
Bardzo często w weekendy jeździłem do moich dziadków na Załęże, nieopodal słynnej giełdy komputerowej. Można było spacerkiem w 15 minut pokonać odległość od bloku dziadka do „Atomka”, w którym co niedzielę odbywała się giełda komputerowa. W czasach Spectrum praktycznie na nią nie chodziłem, a jedyny kontakt z nią to było właśnie kupno pierwszego komputera. Albo po prostu nie pamiętam, że tam wcześniej jeździłem. No ale pamiętałbym przynajmniej jakieś kasety, które miałbym właśnie z giełdy.

I z dzisiejszej perspektywy, kiedy o tym myślę, żałuję, że tam nie zdobywałem tytułów gier, o których mogłem poczytać w kultowej prasie, takiej jak „Bajtek” czy już typowo growy „Top Secret”. No ale wiem, że byłem po prostu za małym bajtlem, żeby się szwendać po giełdzie. Prócz entuzjastów komputerów bywali tam również entuzjaści cudzych portfeli.



No ale wracając do bloku dziadka. Pamiętam 11. piętro i windę. Okropną windę, którą bałem się jeździć. Najgorsze było to, że stare windy miały takie pionowe okienka z szybą, często matową albo jakąś zbrojoną. Tutaj była w pełni przezroczysta i zawsze korciło mnie zaglądać w szyb windowy. Widok był dla mnie przerażający… Brudny, zaolejony i ciemny szyb, na boku prowadnice, jakieś plątaniny kabli i kabina, która się zbliżała. Na jej dachu świeciła jakaś ledwie widoczna lampka, która jeszcze bardziej dodawała ponurego klimatu, bo wszystko wydawało mi się jakby ubrudzone smołą. I jeszcze ten napis: „Przed wejściem sprawdź, czy jest kabina”… Wyobrażacie to sobie?
Oczywiście później już jeździliśmy wypasioną windą z „Safety level – miliard”, taką, w której byście zakaszleli, to wyświetliłaby Wam kod QR z receptą na lek i przeprosiła, że takie echo niesie się po kabinie.
Winda dojeżdżała tylko do 10. piętra, bo na 11. była maszynownia, do której zawsze chciałem wejść, ale była tam solidna krata z tabliczką „Zakaz wstępu”.
Dziadek miał taki fajny otwierany barek, którego używał jako biurka, i to właśnie na nim ustawiałem swojego ZX Spectrum, podłączałem go do dużego telewizora kineskopowego marki Sony, ale jeszcze nie Trinitron, i przepisywałem listingi programów w BASIC-u. Oczywiście w gry też grałem, ale bardziej skupiałem się na przepisywaniu i zrozumieniu tego, co jest zapisane w kodzie i dlaczego tak się dzieje na ekranie.
Mam jeszcze takie przebłyski pamięci, że brałem do dziadka taki mały radziecki telewizorek – pewnie kojarzycie – tylko że był trochę ciężki, więc już nie pamiętam, czy on też lądował na biurku dziadka.
Pamiętam, jak wychodziłem na balkon porzucać samoloty z papieru, pooglądać przejeżdżające pociągi – zgadywaliśmy, który skąd jedzie. Fajnie było obserwować Katowice z takiej perspektywy, choć na balkonie uważnie stawiałem kroki.
Nieopodal działał jeszcze tzw. „szaber plac”, czyli pchli targ, na którym można było kupić takie rzeczy, że głowa mała. To był też czas odkrywania kolejnych gier, poznawania gatunków, mechanik i sposobów przedstawiania akcji, których wcześniej nie widziałem.


O grze „Robin Of The Wood” już wspominałem i właśnie w nią zagrywałem się u dziadka. To już będzie na zawsze moja ulubiona gra na ZX Spectrum. Dopiero niedawno udało mi się ją ukończyć, no bo wreszcie wiedziałem, o co chodzi i co mam dokładnie zrobić.

Ale najfajniejszą wspominkową rzeczą jest to, że po latach, przeglądając kolekcję „Bajtków”, które podarował mi kumpel, natknąłem się na listing programu, a w zasadzie gry „Ośmiornice”, której od wielu lat poszukiwałem. W internecie są przepisane programy z listingów z różnych lat, ale tej jednej gry nie mogłem znaleźć. Nawet nie byłem do końca pewny, czy na pewno tak się nazywa.
I zupełnie przypadkowo, kiedy wspominaliśmy z ojcem stare programy z „Bajtka” i pokazałem mu moją kolekcję, akurat wziąłem do ręki numer 10 z 1989 roku i otworzył mi się dokładnie na tej stronie. Przypadek? Nie sądzę.
No więc przepisałem program i podszkoliłem się trochę zarówno z samego BASIC-a, jak i z obsługi rewelacyjnej, wielofunkcyjnej klawiatury mojego gumiaka. A w kolejnym numerze znalazłem schemat kartridża Kempston, który zrobił mój tata. To było niesamowite przeżycie – trafić po latach na te artykuły.
Program "Ośmiornice" na ZX Spectrum

Program "Ośmiornice" na ZX Spectrum

Schemat kartridża KEMPSTONE w Bajtku


Piękne czasy, piękne wspomnienia. Następnym razem już pewnie dogonimy amigowe lata. Tak więc na dzisiaj to tyle. Dzięki za wspólne wspominanie.
Zapraszam również na film, w którym staram sę pokazać te gry, programy i miejsca.


Share:

Moja osiedlowa historia retro – część 1: ZX Spectrum

    W pierwszej części serii „Moja osiedlowa historia retro” wracam do czasów dzieciństwa i moich pierwszych doświadczeń z komputerem ZX Spectrum 48. To opowieść o blokowisku, giełdzie komputerowej na Baildonie, kasetach magnetofonowych i pierwszych grach, takich jak River Raid, Bomb Jack czy Yie Ar Kung-Fu.

Wspominam początki swojej przygody z retro komputerami, pierwsze wczytywanie gier z kasety, cartridge Kempstone oraz klimat lat 80. i 90., który do dziś budzi ogromną nostalgię.

Moja osiedlowa historia retro – część 1: ZX Spectrum    


    Kilka wspomnień utrwalonych na papierze… Zabiorę Was na spacer po moim osiedlu — do miejsc, w których dorastałem jako Bajtel… między blokami, tam, gdzie wszystko się zaczęło.

To właśnie tam zaczęła się moja przygoda z komputerami — które przenosiły mnie do fantastycznych światów i pozwalały choć na chwilę uciec od osiedlowej rzeczywistości.
To właśnie te lata dziś wspominam z ogromną nostalgią.




Z tego, co mogę sobie przypomnieć, kuzyn miał właśnie „gumiaka” — ZX Spectrum 48. I to był chyba pierwszy komputer, który zobaczyłem na żywo i na którym mogłem zagrać. Cały czas po głowie chodzi mi gra „Stop The Express”.





No ale jak w ogóle dostałem ten mój pierwszy komputer ZX Spectrum 48? Tutaj mam takie migawki z dawnych czasów i pamiętam np. sytuację, jak na giełdę na Baildonie jechaliśmy dużym fiatem mojego wujka (tego od kuzyna, co już miał ZX Spectrum). Nie pamiętam dokładnie tego dnia na giełdzie, ale pamiętam, że później pojechaliśmy wspólnie z tatą, kuzynem (chyba) i wujkiem do domu pewnego gościa, który przypominał mi Jaruzelskiego, bo miał bardzo grube i ciemne szkła w okularach, no i z twarzy był taki prawie 1:1. Tak go przynajmniej zapamiętałem. To był chyba gość poznany na giełdzie i najprawdopodobniej od niego kupiliśmy ZX Spectrum razem z zestawem kaset. Nie było tam nic oryginalnego — gry nagrane na stare, niemieckie kasety. Co było charakterystyczne, to to, że te składanki nagrał ten gość, a przed każdą grą dograł swój głos, który wymawiał tytuł gry. Trochę mnie to śmieszyło, z drugiej strony przerażało, no ale taki był Jaruzelski z Baildony.




No więc wróciliśmy z naszym pierwszym prawdziwym komputerem 8-bitowym i tutaj mam pewną zagwozdkę. No bo skoro zabraliśmy też kasety, to magnetofon musiał być, ale ja pamiętam późniejszy magnetofon GRUNDIG (taki nietypowy, płaski), który przerobił mój tata. Dorobił do niego porty „EAR” i „MIC”, czyli wyjście słuchawkowe i wejście do podłączenia mikrofonu (taki „LINE-IN”).




Mniejsza już, jaki miałem pierwszy magnetofon, ale jedno pamiętam do dziś — nie mieliśmy joysticka, ale to i tak nie miało znaczenia, bo nawet gdybyśmy mieli, to nie było go gdzie podłączyć. ZX Spectrum 48 nie ma wbudowanych portów joysticka. No więc pierwsze gry „poszły” na klawiaturze. Później tata zrobił cartridge, dzięki któremu mogłem podłączyć joystick w standardzie Kempstone’a. I powiem Wam, że wtedy nie było tak jak dzisiaj, że płytkę drukowaną już wytrawioną można było zamówić, a obudowa wydrukowana na drukarce 3D była do wyboru, do koloru, na drugi dzień u Ciebie. Nie, nie — wszystko tata wykonał własnoręcznie, a sama płytka była trawiona starą metodą. Jak ktoś z Was robił jakieś swoje układy elektroniczne, malował ścieżki lakierem do paznokci, a później wytrawiał je w kwasie solnym, to będzie wiedział, o co chodzi. Słowem — trochę roboty jednak było. No więc w końcu mogłem zagrać na prawdziwym joysticku. Jaka była radość, kiedy w menu wybierałem KEMPSTONE JOYSTICK. Na boku cartridge’a tata dorobił też taki mały mikrostyk do resetowania komputera, no bo „gumiak” też tego nie miał, dopiero wersja z „plusikiem” miała taki RESET. Co do wersji z „plusikiem” — zakochany jestem w tej obudowie, choć takiego drugiego komputera jak „gumiaka” po prostu nie ma.




Magnetofon niestety przepadł, ale na szczęście udało mi się gdzieś na aukcjach znaleźć taki sam, tylko że czeka go przeróbka.

Miałem już komputer, magnetofon, cartridge i joystick, więc w sumie mogłem grać.
To teraz trochę o pierwszych tytułach. Oczywiście prócz „Stop The Express”, który nie ruszył i tak na joyu i szybko o nim zapomniałem, ale już na stałe będzie siedział mi w pamięci obrazek z gry z gościem skaczącym po wagonach pociągu i uciekającym przed zbirami i jakimiś ptakami. Ile razy spadłem na torowisko…


No ale przejdźmy do dwóch wspaniałych gier — BOMB JACK i RIVER RAID. To były moje najlepsze tytuły z pierwszych lat komputerowej fascynacji. Graliśmy całą rodziną, a w Bomb Jacku nawet nazwaliśmy jedną planszę „Giszowiec”, bo blokowiska w tle były łudząco podobne do tych na Giszowcu. Były jeszcze dwie gry: YIE AR KUNG-FU — i z tą grą już zawsze będzie mi się kojarzył głos „Jaruzelskiego” wymawiającego tytuł gry przed załadowaniem — oraz WRIGGLER, tytuł, którego szukałem po latach. Pamiętam, że była o jakiejś dżdżownicy, która unikała robactwa i przemierzała łąki, labirynty. Z tą grą kojarzył mi się jeden motyw — że była tam herbata Lipton gdzieś w jednej planszy. Oczywiście odpaliłem po latach i rzeczywiście stoi tam zaraz na początku w jednej kubek jakiegoś gorącego napoju, ale o Liptonie nie ma informacji. Czyli prawie dobrze kojarzyłem.




No i to były w sumie pierwsze gry, jakie uruchomiłem i jakie w ogóle miałem na kasetach. Żałuję, że w tamtych czasach nie kupowałem prasy, takiej jak np. Top Secret — chyba byłem za małym Bajtlem, ale mógłbym poznać wiele gier, w które zagrałbym bez problemu, przywożąc je z Baildony. 




Dopiero dzisiaj, po tylu latach, zdałem sobie sprawę z tego, jaką ogromną bibliotekę gier miał ZX Spectrum i ile mnie ominęło. Na osiedlu królowały C64, wydawało mi się, że te komputery deklasują mojego skromnego „gumiaka”, ale okazuje się, że nie. „Gumiak” miał jedyną w swoim rodzaju i niepowtarzalną grafikę, nie wspominając o dźwięku, który potrafił wygenerować prosty buzzer. Pamiętacie las z „Robin of The Wood”, albo mówiony tekst zaraz po uruchomieniu gry? Przecież ja się jej bałem. Tam był taki klimat, taka grafika — na żadnym innym sprzęcie ta gra tak nie wyglądała. Na C64 jakoś taki bardzo brązowy był ten obraz… No ale wracając do Spectruma — tak, wydawało mi się, że o większości gier mogę pomarzyć, a tu takie zdziwienie. Dzisiaj czytam o jakiejś grze na 8-bitowe maszyny i praktycznie zawsze widnieje tam ZX Spectrum.



Kiedy przeprowadziliśmy się kilka bloków dalej to z balkonu miałem widok na budynek w którym na dole mieścił się sklep, a na górze był klub młodzieżowy. No więc chodząc już do podstawówki często spędzaliśmy popołudnia w tym właśnie klubie. To była taka kolebka technologii. My, biedne bajtle z osiedla, mogliśmy zakosztować drogich zabawek z zachodu. Mogliśmy pobawić się tym czego często nie było w domu. Pamiętam, że wchodziło się po schodach na górę, po lewej były drzwi i zaraz za nimi była pierwsza sala, z ladą po lewej stronie i fotelami po prawej. Obok foteli stała jakaś półka na której były gry planszowe. Oczywiście tam się wypożyczało sprzęt na godziny. Na szczęście nie kosztowało to wiele. Braliśmy np. kilka fajnych planszówek albo ruską bitwę morską i graliśmy. Były tam też te małe elektroniczne gierki, a najbardziej rozchwytywaną była ta którą nazwaliśmy "wyścigówki".






I właśnie w tym klubie, chyba zaraz na wprost od wejścia i później skręcając w prawo, była mała salka z biurkami i krzesłami. Na biurkach stało kilka Spectrumów, pamiętam, że to tam zakochałem się w ZX SPECTRUM +. Teraz już wiem, że zakochałem się w obudowie, bo ten piękny komputer praktycznie niczym nie różnił się od ZX SPECTRUM 48, którego miałem w domu. No, może jedynie przyciskiem „reset”, którego w gumiaku nie było. Do dzisiaj uważam, że nie ma piękniejszego komputera i ładniejszej obudowy niż ta którą miał właśnie ZX SPECTRUM +. No i tak z ciekawości zajrzałem do tej salki. Siedzieli tam starsi, znani z osiedla koledzy. Przepisywali jakieś listingi programów w BASIC’u z Bajtka. Sprawiali wrażenie programistów, którzy wiedzą co dana linijka kodu, czy dana komenda znaczy i robi w samym programie. A przynajmniej tak mi się wydawało. Dostać się do komputerów nie było szans, bo wszystkie stanowiska były zapełnione. Pamiętam, że coś tam próbowałem zagadać, o coś zapytać, ale wzrok starszego kolegi szybko sprawił, że zrozumiałem gdzie moje miejsce. Choć jak dzisiaj tak sobie to przypominam, to założył bym się, że wtedy wiedziałem więcej niż Ci wszyscy osiedlowi programiści w tej sali razem wzięci. No ale trzeba było ustąpić starszym. Ale bardzo chciałem razem z nimi uczestniczych w tym kółku komputerowym, po prostu brakowało mi kumpla, który miał wtedy ZX SPECTRUM i zachwycał się nim tak jak jak ja. 






No więc tak przebiegało moje życie na osiedlu z moim pierwszym 8-bitowcem. Następnym razem opowiem Wam kolejną historię z blokowiska. Może o automacie z Ghosts 'n' Goblins, który stał w jednym z pubów, niedaleko mojej szkoły, a może już płynnie przejdziemy do tych najlepszych czasów - Amigowych.

Wrzucam kilka zdjęć z osiedla — spróbujcie wyobrazić sobie, jak tam było prawie 40 lat temu. A żeby bardziej poczuć klimat minionych lat, uruchomiłem bohatera tej historii, czyli mojego ZX SPECTRUM’a 48, którego mam do dziś. I udało się wczytać z kasety kilka fajnych gier… Mam nadzieję, że dzięki moim wspomnieniom Wy też przypomnieliście sobie swoje historie z dzieciństwa i jeśli tylko macie ochotę się nimi podzielić, będzie mi bardzo miło - czujcie się jak u siebie w domu. Powspominajmy wspólnie.

Zapraszam też na wspominkowy spacer na YT.

Kończąc, chciałem życzyć Wam Zdrowych i Spokojnych Świąt Wielkanocnych.
Pozdrawiam
Bajtel

Share:

Szukaj na blogu:

Ostatnie posty

Polecany post

Moja osiedlowa historia retro – część 2: ZX Spectrum – Bajtki i pierwsze programy u dziadka

Moja osiedlowa historia retro – część 2: ZX Spectrum – Bajtki i pierwsze programy u dziadka Bajtki z 1989 roku (numery 8 i 10) Kontynuując w...

Popularne posty

Obsługiwane przez usługę Blogger.